piątek, 18 listopada 2016

"Nie mamy wpływu na to, jakie karty rozdaje nam los, ale możemy nauczyć się nimi grać" - recenzja Ósmego koloru tęczy

Ósmy kolor tęczy to już druga powieść Martyny Senator, z którą miałam okazję się zapoznać, dlatego jeszcze przed lekturą wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I chociaż do najnowszej pozycji autorki, Zanim zgasną gwiazdy, miałam chwilami mieszane uczucia (o czym rozpiszę się wkrótce w recenzji), w przypadku opisywanej książki przesadziłam chyba w drugą stronę - bo jakoś nie mogę powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu, kiedy myślę o losach Lilki i Tomka. 

Tytuł: Ósmy kolor tęczy
Autor: Martyna Senator
Cykl: powieść jednotomowa
Rok wydania: 2016 
Liczba stron: 232 
Wydawnictwo: Videograf SA

Minęło pięć lat, odkąd Lilka straciła wzrok. Dzisiaj stoi u progu dorosłości, a jej życie wydaje się szczęśliwe, choć nieco monotonne. Wszystko się zmienia, gdy na jej drodze pojawia się Tomek. Znajomość, która początkowo miała ograniczać się do zwykłych korepetycji z fizyki, dość szybko przeradza się w znacznie głębszą zażyłość. Lilka na nowo odkrywa świat, w którym żyje. Każdego dnia coraz śmielej przekracza własne granice i robi to, co wcześniej wydawało jej się niewykonalne. Jednak nowa rzeczywistość skrywa w sobie wiele tajemnic. Kim tak naprawdę jest Tomek? Dlaczego tak bardzo zależy mu na znajomości z Lilką? I wreszcie: co zrobi Lilka, gdy pozna odpowiedzi na pytania, których nikt nawet nie odważył się zadać? /lubimyczytac.pl

Ósmy kolor tęczy to powieść, którą wyróżnia pewna cecha, obecnie coraz rzadziej spotykana wśród młodzieżówek: z jej stronic wprost emanuje cudowne ciepło. Blask kojarzący się z latem albo ogniem trzaskającym w kominku dosłownie rozgrzał moje serce, i sądząc po innych recenzjach, podobne odczucia towarzyszyły wielu czytelnikom. Historia opowiedziana z punktu widzenia nastoletniej Lilki, niezwykle inteligentnej, twardo stąpającej po ziemi, choć czasami bardzo naiwnej, na pierwszy rzut oka nie wydaje się porywająca: ot, kolejna miłosna powiastka z jakąś fizyczną niepełnosprawnością w tle. Rzeczywiście, pod pewnymi względami to prawda. I o ile nie jestem wielką fanką tego typu romansów, nie zaprzeczę: opowieść naprawdę mnie wciągnęła! Książkę czyta się bardzo szybko nie tylko z racji niewielkiej objętości i przyjemnego w odbiorze stylu autorki; od początku czułam jakieś naturalne przyciąganie, które pomimo uproszczenia pewnych wątków i motywów nie pozwalało mi w spokoju odłożyć lektury.
Doskonale pamiętam ten dzień. Słońce zaszło o poranku, a mrok bez zapowiedzi wdarł się do mojego świata, zasypując go lawiną ciemności. Światła pogasły, a gwiazdy zlały się ze smolistym tłem. Kolory pośpiesznie spakowały walizki i odeszły. Pozostała tylko czerń.
Pomimo dużej ilości słodyczy, w którą obfituje książka, nie można zarzucić jej bycia mdłą. Postaci są interesujące, tylko pozornie oparte na pewnych schematach. Pomiędzy głównymi bohaterami nie zaobserwowałam zjawiska "natychmiastowej miłości" - wyraźnie iskrzy między nimi od samego początku, jednak zdecydowanie nie z powodu pozytywnych uczuć. Dialogi bywają cięte, relacja zakochanych jest dynamiczna. Ponadto w opisy rodzącego się związku wciąż wkradają się wątpliwości, w pewnym sensie sprowadzające Lilkę (i kibicującego jej czytelnika) na ziemię, oraz mniej lub bardziej dramatyczne momenty, związane z przeszłością dziewczyny oraz oczywiście jej niepełnosprawnością.
Rzadko doceniamy coś wtedy, kiedy trzeba. Zazwyczaj robimy to dopiero, gdy to utracimy. Ironia?
Tak jak wspomniałam we wstępie, fantastyczna konwencja zaproponowana w Zanim zgasną gwiazdy nie do końca mnie przekonała (co jednak nie oznacza, że wymieniona powieść nie skradła mojego serca). Z kolei postawienie na realizm w Ósmym kolorze tęczy okazało się trafieniem w dziesiątkę. Chociaż historia osadzona jest w naszej, dobrze znanej rzeczywistości, paradoksalnie nie brakuje jej metaforycznej magii - wszystko za sprawą niezwykłego umysłu Lilki, we wnętrzu którego dziewczyna kreuje obraz świata, jakiego nie może odbierać już wszystkimi zmysłami. Choć uczynienie narratorką niewidomej osoby mogłoby wydawać się niepraktyczne, w trakcie lektury czytelnik dość szybko wchodzi w przysłowiowe buty Lilki i zaczyna "widzieć" rzeczywistość jej oczami, dzięki czemu historia staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. Niezwykłego, charakterystycznego rysu nadają jej także liczne nawiązania do prawdziwych wykonawców: muzyka jest bardzo ważna dla głównych bohaterów, a piosenki, do których odwołuje się autorka, nierzadko mają jakieś symboliczne znaczenie dla fabuły.

Jak widać, nie umiem być obiektywna. Jednak powieść Martyny Senator naprawdę zapadła w moje serce! Chociaż książkę czytałam już jakiś czas temu, na myśl o Lilce i Tomku nadal czuję to przyjemne ciepło w środku. To, dosłownie i w przenośni, niezwykle barwna powieść, idealna na lato (albo, wręcz przeciwnie - zimowe lub jesienne popołudnie, kiedy tak desperacko pragniemy się rozgrzać).

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Videograf SA.

http://www.videograf.pl/logo1.jpg

6 komentarzy:

  1. Kurczę! To naprawdę brzmi ciekawie! Uwielbiam kiedy książka ma w sobie to niesamowite ciepło. Zachęca mnie też to, że miłość nie rozwija się od razu, jak mnie irytuje, gdy bohaterowie w pierwszym rozdziale już sobie liżą gardła!
    I uwielbiam cięte dialogi <3 Na pewno przeczytam :D

    Pozdrawiam cieplutko ♥
    http://sleepwithbook.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, mnie też bardzo to irytuje, tutaj wszystko jest takie... wyważone ^^

      Usuń
  2. Idealna na zimę! Potrzebuję takich książek pełnych ciepła :)
    Może będzie lepsza niż ciepłe, wełniane skarpetki! :) Bo rozgrzeje też serce!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi się być "za ciepła", oklepana....
    http://justboooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie jest to pozycja dla szukających szybkiej, zaskakującej akcji :)

      Usuń