piątek, 24 lutego 2017

"Zapaliłeś wszystkie zgaszone gwiazdy, a ja uwierzyłam, że prawdziwe niebo może istnieć tu, na ziemi" - recenzja książki Zanim zgasną gwiazdy

(W ramach odkopywania recek napisanych milion lat temu). Na "Zanim zgasną gwiazdy" polowałam już od bardzo dawna; w pewnym sensie wzięłam sobie za punkt honoru przeczytanie najnowszej powieści Martyny Senator i bardzo zależało mi na tym, żeby zapoznać się z nią jeszcze przed końcem wakacji. Po lekturze tylko utwierdziłam się w początkowym przekonaniu, że historia Wojtka i Mileny to opowieść w sam raz na lato - bynajmniej nie dlatego, że jest ona kolejnym, typowym, wakacyjnym romansem.

  
Tytuł: Zanim zgasną gwiazdy
Autor: Martyna Senator
Cykl: powieść jednotomowa
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Videograf SA



http://ecsmedia.pl/c/zanim-zgasna-gwiazdy-b-iext43174053.jpgWojtkowi śni się sen. Główną bohaterką jego wizji jest nieznajoma dziewczynka o niespotykanym kolorze oczu, z klepsydrą w ręku i kotem na kolanach. Nieznajoma wyznacza mu zadanie – musi uratować pewną kobietę zanim piasek się przesypie. Problem w tym, że mężczyzna nie pamięta, kogo ma ocalić; właściwie to nie pamięta niczego – budzi się w szpitalu z amnezją obejmującą całe jego dwudziestoletnie życie. Razem z rzekomymi przyjaciółmi wraca do własnego mieszkania, którego nie potrafi sobie przypomnieć, a jego jedynym wspomnieniem jest przedziwny, a jednak tak bardzo realistyczny sen. Mężczyzna próbuje odzyskać stracone lata, jednocześnie starając się zrozumieć coraz dziwniejsze wizje, które wciąż nawiedzają go na jawie. I kiedy wydaje się, że życie Wojtka nie może skomplikować się jeszcze bardziej, na jego drodze staje Milena…

Skłamałabym twierdząc, że najnowsza powieść Martyny Senator porwała mnie od pierwszych stron. Tym, co początkowo najbardziej mnie irytowało, był (pozornie) kiepsko wykreowany świat – wszystkie jego elementy, takie jak bohaterowie, miejsca czy wydarzenia, zdawały się być po prostu jednowymiarowe, pozbawione głębi. Enigmatyczna narracja prowadzona przez głównego bohatera w żaden sposób nie pomagała zrozumieć sytuacji, a nawet to utrudniała, dodając kolejne niewiadome do piętrzących się pytań. I kiedy udało mi się już jakoś przeboleć tę umowność w kreowaniu rzeczywistości, autorka wprowadziła zwrot akcji, który obrócił całą historię o sto osiemdziesiąt stopni. I, paradoksalnie, to właśnie wtedy opowieść wreszcie zyskała ręce i nogi.

Wyobraź sobie, że istnieją miliardy dwuelementowych puzzli, wyciętych według jednego schematu. W każdym egzemplarzu, jeden kawałek przyporządkowano kobiecie, drugi mężczyźnie, a potem wymieszano je z innymi. Przychodzimy na świat jako niekompletna układanka i mamy tylko jedno życie, aby odnaleźć brakujący element. Każdego dnia wielokrotnie spotykamy kawałki, które kształtem pasują do nas idealnie. Jednak kiedy przyjrzymy się im z bliska, bardzo często dochodzimy do wniosku, że przedstawiają zupełnie inny obraz.

Naprawdę ciężko pisać o tej książce bez zdradzania tajemnic ukrytych na jej stronach. Wraz z odkryciem prawdy znika początkowe wrażenie, jakoby powieść cechowała prostota czy brak głębi; wręcz przeciwnie, bo w rzeczywistości to złożona, wręcz wielowymiarowa historia z przesłaniem (a to ostatnie to coś, czego zdecydowanie zbyt często brakuje wielu młodzieżówkom dostępnym na ranku). Chociaż w powieści nie brakuje elementów suspensu, całość zachowana jest w łagodnym, wręcz baśniowym klimacie. Sceny pościgów czy strzelaniny nie epatują brutalnością, zaś miłość niepozbawiona szczypty namiętności wciąż jawi się jako niewinne uczucie, mające podstawy znacznie głębsze niż pociąg fizyczny.

To, czy dana historia ma szczęśliwe zakończenie, zależy od tego, w jakim momencie skończymy ją opowiadać.

Jedynym mankamentem, który przeszkadzał mi do samego końca, była pewna nieprecyzyjność związana z elementami fantastycznymi. Jeśli chodzi o samo poprowadzenie wątku nadnaturalnego, nie mam się do czego przyczepić. Autorka zgrabnie wplotła go w fabułę, zachowując przy tym równowagę – obie rzeczywistości idealnie do siebie pasują, a granica między nimi nierzadko się zaciera. Brakowało mi jednak dokładniejszego wyjaśnienia zasad rządzących światem fantastycznym – w kwestii rozmaitych mechanizmów i prawideł nim rządzących czytelnik musi uwierzyć autorce na słowo. Chociaż doskonale wpisuje się to w zaproponowaną przez Martynę Senator konwencję baśni, wiele osób może być zwyczajnie zirytowanym potraktowaniem tematu po macoszemu.  
  
„Zanim zgasną gwiazdy” to przepiękna, pełna metaforycznych obrazów, wręcz eteryczna opowieść z pogranicza jawy i snu. Akcja rozkręca się powoli, pozwalając czytelnikowi na próby rozwikłania zagadki amnezji Wojtka, i zdecydowanie przyspiesza, wraz z odkrywaniem kolejnych, przygotowanych przez autorkę kart. Jednak to nie tempo następujących po sobie wydarzeń stanowi sedno tej książki, ale wspomniana przeze mnie, bajkowa łagodność, szerzona wiara w cuda i szczęśliwe (choć czasem słodko-gorzkie) zakończenia. Taki rodzaj literatury trafi do wrażliwych romantyków, potrafiących dostrzec magię w pozornie zwyczajnych momentach – i najwyraźniej z myślą o właśnie takich osobach powieść została napisana.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Videograf SA.

2 komentarze:

  1. Haha, mamy różne zdania na temat tej książki ^^ Choć z tym "„Zanim zgasną gwiazdy” to przepiękna, pełna metaforycznych obrazów, wręcz eteryczna opowieść z pogranicza jawy i snu." się całkowicie zgodzę! :)
    Uwielbiam "Zanim zgasną gwiazdy"! ♥

    Mi się bardzo podoba, gdy w powieści narastają pytania - wtedy jest ciekawiej, dynamicznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie tak do końca różne, bo mnie też oczarowała :D Tylko odniosłam mylne wrażenie, że ta początkowa chaotyczność wynikała z niedopracowania :P No i mimo wszystko u mnie wygrywa "Ostatni kolor tęczy" <3

      Usuń