wtorek, 9 maja 2017

"Welcome to the frickin' Guardians of the Galaxy" - recenzja Strażników Galaktyki vol. 2

 
Chyba każdy fan MCU pamięta, jakim hitem okazała się pierwsza część opowieści o najbardziej nietypowej zgrai kosmicznych wyrzutków. "Strażnicy Galaktyki", znani może bardziej jako "Ten Szalony Film z Fajną Muzyką z Lat 70." doczekał się entuzjastycznego przyjęcia zarówno ze strony widzów jak i krytyków, zatem nic dziwnego, że szybko zapadła decyzja o kontynuacji. Tylko jak sequel wypada na tle fantastycznego poprzednika?
Fleetwood Mac - The Chain
Tytuł: Strażnicy Galaktyki vol. 2
Seria: Strażnicy Galaktycy (Marvel Cinematic Universe)
Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: James Gunn
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Michael Rooker, Kurt Rusell, Sylvester Stallone

https://media4.giphy.com/media/26FmRaRilfiKOAqKQ/giphy.gif

Nie zamierzam ukrywać - ta recenzja nie będzie obiektywna. Nie tylko dlatego, że od czasu, gdy trzy lata temu ekipa Star-Lorda kupiła mnie po raz pierwszy, żadna inna drużyna herosów (włącznie z Avengers, zwłaszcza po nagłym rozroście i rozpadzie Mścicieli) nie była w stanie zachwycić mnie do tego stopnia. Ba, również nie dlatego dlatego, że akcja filmu, tak jak zresztą sporo blockbusterów w ostatnich latach, toczy się w kosmosie. A nawet nie dlatego, że ścieżka dźwiękowa to czyste złoto. A zatem dlaczego, spytacie, recenzja nie będzie obiektywna? Bo film po prostu kompletnie, całkowicie i niezaprzeczalnie mnie oczarował - a oślepiona blaskiem tych wszystkich flar, wybuchów i kolorów tęczy, (nie)stety nie byłam w stanie dostrzec rzekomych wad i braków, które usiłują wmówić mi niektórzy krytycy. 

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że znawcy zarzucają obrazowi Gunna to, czego brak  wytykają zazwyczaj kinu superbohaterskiemu. W gruncie rzeczy ich narzekania, takie jak brak ciągłej, przewidywalnej linii fabularnej czy rozbudowane wątki znacznej części bohaterów, istotnie mają swoje uzasadnienie w filmie. Tylko, przepraszam bardzo, od kiedy to jest wada?! Przełamanie schematów było jedną z najlepszych decyzji, jakie podjął reżyser (i rzeczywiście bardzo mocno czuć, jak dużą kontrolę nad końcowym kształtem filmu miał Gunn - widać, że sukces jedynki zaowocował sporą dawką zaufania ze strony studia).

Fabuła rzeczywiście wydaje się dość chaotyczna - trudno doszukać się tu trójdzielnej kompozycji, z wyraźnie zaznaczonymi, kolejnymi "etapami", do których przyzwyczaiły nas filmy ze stajni Marvela. Tutaj mamy do czynienia ze sklejką z pozoru niepowiązanych ze sobą scen, połączonych w dodatku w dość teledyskowym, kolorowym stylu. Jednocześnie przez cały czas pojawiają się pewne wskazówki i motywy spajające wszystkie te fragmenty - od początku widać, że to nie walka z głównym złym będzie motorem napędowym akcji, ale relacje międzyludzkie i próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest rodzina. Oklepane? Może i tak, ale w wydaniu Gunna przypomina raczej powiew świeżości.

https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/t_original/rpfalsiokz95aypyqjlx.gif

Choć początkowo wszystko to może dezorientować, gwarantuję, że na koniec wszystkie wątki splatają się w świetnie rozpisanym punkcie kulminacyjnym. A kiedy akcja przyspiesza, oderwanie się od ekranu jest wręcz niemożliwe. Nie oznacza to bynajmniej, że przez resztę czasu wieje nudą. Wręcz przeciwnie! Właśnie dzięki temu, że każda scena jest w gruncie rzeczy w pewien sposób odrębna i wyrazista (i podkreślona genialną muzyką, o czym później), tak naprawdę wszystkie okazują się godne zapamiętania - a to ze względu na rozbrajający humor, a to na dramatyzm, a jeszcze w innym przypadku na zgrabną sekwencję walki albo po prostu na widowiskowość kolorowych efektów specjalnych. Film jest pełny takich świetnych, zapadających w pamięć momentów, które już stają się kultowe.

A skoro jesteśmy już przy relacji tragizm/komizm - jak dla mnie, proporcje wyważono fenomenalnie (choć znów, sporo krytyków może się ze mną nie zgodzić). Słyszałam opinie, według których humor jest wymuszony, wciskany na siłę. Trudno mi się do tego odnieść. Za specyficzny żart pokochałam Gunna już przy pierwszej części. Tym razem gagów rzeczywiście jest jeszcze więcej, ale tak jak poprzednio pozostają one szalone, głośne, momentami prostackie, ale często są też swoistym oczkiem puszczonym do fanów. Niejednokrotnie film parodiuje sam siebie i swój własny gatunek, nie stając się jednocześnie pastiszem (tak jak zrobił to np. Deadpool, ale to oczywiście zupełnie inna bajka). Z drugiej strony, elementów dramatycznych jest naprawdę mnóstwo, znacznie więcej niż w pierwszej części - tam, gdzie poprzednio liźnięte zaledwie wątki mogły wywołać westchnienie i smutną minę, tu zostały pociągnięte i dogłębnie zbadane, i tym razem widzowi trudniej będzie zareagować na te zabiegi bez emocji. Zwłaszcza, że nie dotyczą już jakiś wprawdzie intrygujących, ale wciąż nie do końca poznanych bohaterów, ale postaci, które zdążyły już sobie zaskarbić miejsce w naszym sercu.

https://i.giphy.com/3oKIPEebdGxuU5Sb96.gif

Bo właśnie - chociaż w odróżnieniu od jedynki, wprowadzającej widza w nowy, niezbadany dotąd obszar uniwersum, dwójka nie obroni się pewnie jako oddzielny film (no bo, w zasadzie, jak?), to spełnia wszelkie kryteria sequela idealnego. Dlaczego? A no, chociażby dlatego, że wbrew pozorom wcale nie hołduje dobrze znanej zasadzie kontynuacji pod tytułem "szybciej, mocniej, więcej". Już sama konstrukcja filmu jest zupełnie inna; nie uświadczymy tu nieciekawej powtórki z rozrywki ze zwiększonym tempem. Film unika w ten sposób losu, który spotkał między innymi (i mówię to z całą moją miłością do Starka i spółki) Avengers - Czas Ultrona to wręcz podręcznikowy przykład na to, że takie podejście zazwyczaj nie kończy się dobrze. Jednocześnie, produkcja nadal ma w sobie to, za co pokochaliśmy poprzednika: jadący bo bandzie humor, klimat space-opery sprzed lat, podkręcony dodatkowo muzyką z minionego wieku, i oczywiście charakternych, wyrazistych bohaterów - a ci to po prostu siła napędowa Strażników Galaktyki.

Choć postaci jest wiele, Gunn doskonale się między nimi odnajduje. Wydaje się to niemożliwe, ale każdy z nich dostaje trochę czasu antenowego na rozwinięcie własnych, pobocznych wątków, które mimo wszystko i tak splatają się razem i okazują się równie istotne dla fabuły. Jednocześnie na tym tle nie ginie Peter, jakby nie patrzeć - główny bohater serii. Swoją drogą, bardzo podoba mi się pewien trend w filmach Marvela, wprowadzony w ubiegłym roku przy okazji Civil War, a mianowicie: skupienie się przede wszystkim na bohaterach, a dopiero w drugiej kolejności na problemie ratowania świata/galaktyki/Nowego Jorku. Uwielbiam to, że na pierwszym planie postawiono charaktery i związane z nimi konflikty, zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne, co dodaje całości głębi. Bo między postaciami dosłownie skrzy. Kocham chemię w relacjach galaktycznej drużyny - sarkazm, ironia i przekrzykiwanie się nieustannie mieszają się z miłością i oddaniem, tworząc dosłownie wybuchową mieszankę.  Inaczej niż w filmach o Mścicielach, nie mamy do czynienia z grupą indywidualnych jednostek, które równie dobrze mogą funkcjonować razem jak i osobno. Ekipa Strażników to prawdziwa rodzina - "taka, w której nikogo się nie zostawia". I która zawsze, nawet w najgorszych momentach, będzie się trzymać razem.

https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s--c01_MKBy--/c_scale,fl_progressive,q_80,w_800/y6ctiftsrhliuijbk9jz.gif

Aktorzy doskonale sprostali zadaniu, czyniąc bohaterów barwnymi, pełnymi życia i wielowymiarowymi - nawet napisany z nastawieniem na komedię Drax w kilku momentach pokazuje inne oblicze, upewniając nas jednocześnie, że twórcy cały czas pamiętają o biografii swoich postaci i nie zamierzają żadnej z nich sprowadzić do roli dekoracji. Jednocześnie równie zgrabnie udaje im się wprowadzić nowe twarze, takie jak przeurocza, niewinna Mantis, albo na niespotykaną skalę rozbudować te, które znaliśmy z poprzedniej części (tak, o tobie mówię, Yondu).

Nie mogę nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Co prawda nie jest ona w stanie przebić poprzedniczki, jednak twórcy i na to znaleźli radę, jeszcze lepiej dopasowując poszczególne utwory do danych sekwencji, takich jak genialna scena z Rocketem przy Southern Nights czy powracający motyw The Chain, w niektórych momentach dosłownie chwytający za gardło. I nic nie poradzę na to, że słuchając Come a little bit closer już zawsze będę miała przed oczami obraz radosnej masakry zaprowadzonej za pomocą pewnej strzały - i to z uśmiechem na ustach.

O drugiej części Strażników mogłabym pisać i pisać, ale bez spoilerowania to raczej niemożliwe. Podsumowując - nikt chyba już nie ma wątpliwości, jak bardzo jestem zachwycona. Jeżeli podobała wam się jedynka, nie widzę opcji, by nie oczarowała was dwójka. Jeśli jednak Gunn te trzy lata temu raczej was zirytował niż zachwycił... no wiecie, chyba lepiej sobie odpuścić. Bo będzie tylko lepiej.

https://68.media.tumblr.com/529773f64a47b9e17d36a29bf26ab91e/tumblr_okyms9e4NF1qb79r8o3_r2_500.gif

4 komentarze:

  1. Uwielbiam "Strażników Galaktyki" :D Koniecznie muszę się wybrać na drugą część, bo inaczej nie przeżyję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam zachwycona, jeden z ulubionych filmów Marvela 💞

      Usuń
  2. Uwielbiam Marvela, ale chyba ta produkcja mi gdzieś umknęła, bo o niej nie słyszałam. Muszę nadrobić te braki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Tym bardziej, że w Infinity Wars Strażnicy odegrają ważną rolę u boku Avengers ;)

      Usuń