środa, 31 maja 2017

"Życie to igraszka bogów i próżno szukać sprawiedliwości" - recenzja Zimowego monarchy

Historia i kultura Wielkiej Brytanii fascynowały mnie niemal od zawsze. Dlatego moje oczekiwania wobec powieści Cornwella istotnie były wysokie. Czy autorowi udało się im sprostać?


Tytuł: Zimowy monarcha
Autor: Bernard Cornwell
Cykl: Trylogia arturiańska
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 608
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski  
Wydawnictwo: Otwarte

http://otwarte.eu/files/images/uploads/books/1493889652_vafVpZCi4XLN_400_auto.jpg„Zimowy monarcha” Bernarda Cornwella mistrzowsko łączy klasyczną legendę i opowieść o nieustraszonym Arturze z emocjonującą historią walk o władzę rozgrywających się w tajemniczych, mrocznych czasach. Gdy król Brytanii Uther żegna się z życiem, państwo ogarnia anarchia i nastaje niebezpieczny czas wewnętrznych podziałów. Armie saskie szykują się do najazdu na pogrążającą się w chaosie Brytanię. Tylko Artur może powstrzymać saksońską furię i zapobiec upadkowi kraju. Jego dłoń dzierży wyjątkowy miecz – Excalibur, dar od czarownika Merlina, ale jego waleczne serce przepełnia miłość do Ginewry piękniejszej od wszystkich kwiatów. Czy przeznaczeniem Artura będzie zwycięstwo? /źródło: otwarte.eu

Dawne legendy i podania stanowią niewyczerpalne źródło inspiracji. Powstała niezliczona ilość powieści opartych na mitologii greckiej, a ostatnio coraz większą popularnością cieszą się również opowieści inspirowane kulturą nordycką: Wszechojcem Odynem i wikingami. O wykorzystywaniu wątków biblijnych wspominać chyba nie trzeba. Bernard Cornwell znał wartość ludowych przekazów już wiele lat temu, bowiem recenzowana powieść pochodzi z końca ubiegłego stulecia. Autor przeniósł czytelników do świata stworzonego na bazie legend arturiańskich - niezwykłego połączenia prawdy i fikcji, nieustępliwej historii i tajemniczej magii. Jak oceniam to spotkanie?

Nie od razu wciągnęłam się w powieść. Nie da się ukryć, że nagromadzenie obcobrzmiących nazw i imion początkowo może nieco przytłoczyć. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się już do charakterystycznego (tylko z pozoru bardziej wymagającego) stylu autora, książka momentalnie wessała mnie między swoje strony - i wtedy rzeczywiście niełatwo było się oderwać! Dodatkowym utrudnieniem (choć dla mnie działa to zdecydowanie na plus) może być mnogość wątków oraz ich zróżnicowanie, przez co historia staje się bogata i pełnokrwista - czytelnik odnajdzie tu nie tylko walkę i politykę, ale też przyjaźń, miłość, moralne dylematy i oczywiście magię: zaklęcia, druidów i celtyckie wierzenia z całą dobrocią inwentarza.
Bardowie śpiewają o miłości, mężczyźni i kobiety tęsknią za nią, ale nikt nie wie, czym ona naprawdę jest, dopóki nie dopadnie człowieka, jak włócznia z ciemności. 
Autor znakomicie poradził sobie z "ożywieniem" bohaterów - postaci, które do tej pory jedynie kojarzyłam, zyskały twarz, historię i osobowość, często kompletnie zaskakującą. I tak: Artur, protagonista historii opisywany z perspektywy najlepszego przyjaciela, stał się nie tylko nieustraszonym wojownikiem i dowódcą, ale też rozdartym człowiekiem, który do szczęścia wcale nie potrzebuje wygranych bitew i królewskich bogactw, a wreszcie oddanym, lojalnym kompanem. Karty powieści zaludnia jednak cała galeria postaci - a niektóre błyszczą równie mocno, a może jeszcze bardziej, co główny bohater. Moimi osobistymi ulubieńcami zostali Merlin (równie potężny jak sądziłam, lecz zarazem znacznie bardziej sarkastyczny, egoistyczny i szalony) oraz Lancelot - atrakcyjny, przebiegły i narcystyczny rycerz, któremu jednak nie można odmówić uroku.
Nadchodzą ciężkie czasy. Wszystko co dobre, stanie się złe, a co złe jeszcze gorsze. (...) Czasem myślę, że bogowie z nas kpią. Rzucają naraz wszystkie kości, żeby sprawdzić jak skończy się ta gra.

Całość utrzymana jest w gawędziarskim tonie. We wspomnieniach narratora wyraźnie czuć echa atmosfery typowej dla arturiańskich legend, stanowiących kanwę opowieści, zaś niezwykłe wydarzenia i bohaterowie nadają dziełu charakter eposu. Nie jest to książka historyczna - zdecydowanie bliżej jej do przekazywanych z ust do ust podań niż spisanych w kronikach faktów - jednak w trakcie lektury bardzo łatwo o tym zapomnieć. Historia króla Artura w wydaniu Cornwella nie przypomina bajek, które niektórzy z nas mogą znać z dzieciństwa. Jest pełna przemocy, okrucieństwa, brudu - zarówno tego materialnego, jak i metaforycznego. Jednocześnie nie jest pozbawiona baśniowego klimatu; magii, potęgującej nastrój grozy i tajemnicy.

Trzeba przyznać, że niewątpliwą zaletą powieści jest fenomenalny styl, którym posługuje się autor. Dla osób, które miały już przyjemność zetknąć się z prozą Cornwella, z pewnością nie było to zaskoczenie, niemniej ja po raz po raz pierwszy sięgnęłam po jego powieść - i nie będzie to nasze ostatnie spotkanie. Na szczególną uwagę zasługują (wybaczcie niepoprawnie użytą kalkę językową) epickie wręcz sceny walk. Starcia zostały wykreowane z rozmachem; moja wyobraźnia wręcz szalała, kiedy w głowie odmalowywałam wszystko, co na kartach powieści opisał autor. Tworzenie opisów  batalii (zwłaszcza tak rozległych) nie należy do prostych zadań, dlatego tym większe oklaski należą się za nie autorowi.

Lektura Zimowego monarchy była wspaniałą przygodą. To jedna z tych powieści, po których przeczytaniu czujemy pewne spełnienie; mamy wrażenie, że książka pozostawiła w nas ślad, że nie była jedynie zbiorem ułożonych w zdania liter, przełkniętych tylko po to, by za chwilę o nich zapomnieć. Cieszę się, że tytuł wreszcie został wydany w Polsce - właśnie takich powieści fantasy potrzebujemy!
Bardowie opiewają miłość i bohaterstwo wojowników, wychwalają królów i schlebiają królowym, ale gdybym ja był poetą, sławiłbym przyjaźń.

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Otwarte.
 https://shysquirrel.files.wordpress.com/2013/07/otwarte.jpg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz